Dziś będzie inny wpis. Pozornie kolejna relacja z wycieczki, tym razem w Karkonosze, a jednak nie do końca. Dlaczego? Bo naszło mnie na przemyślenia i chcę się nimi podzielić 🙂

Hej przygodo

Po ostatnim gorącym okresie, który przejawiał się zupełnym brakiem czasu, starałam się wykorzystać każdą wolną minutę na sen i odpoczynek. A tu pewnego dnia dzwoni tato i proponuje wyjazd w Karkonosze. A z czym wiąże się taki wyjazd? Po pierwsze z tym, że dwa dni to podróż, a więc w przypadku 3-dniowego weekendu zostaje nam 1 spokojny dzień na chodzenie po górach. Po drugie z pytaniem, czy dogadamy się z pogodą. Ale przecież rodzinie i górom się nie odmawia – jedziemy! Pewnie znajdą się i tacy, którzy przyczepią się, że przecież z Krakowa do Szklarskiej Poręby nie jedzie się cały dzień, ale jak już wspomniałam, nie jechaliśmy sami 🙂

Chyba uśmiech zdradza, czy warto :)
Chyba uśmiech zdradza, czy warto 🙂

Na miejsce dojeżdżamy w sobotę koło 12. Niby wcześnie, ale przypominam, że jest jesień i około 16 jest już ciemno. Na dokładkę pada deszcz. Po obiedzie i kawie jest 15 i wciąż pada. Pada, ale jest pięknie! Nie mogę przestać zachwycać się cudowną jesienią w tej części Polski. Nie wiem, czy to dlatego, że tu mniej wieje, czy roślinność jest aż tak inna, ale kolory na drzewach zachwycają i przede wszystkim dalej są!

Na dole jesiennie...
Na dole jesiennie…

Spaceruję w deszczu i podziwiam. Pod koniec dnia przez chwilę wydaje się, że pogoda się poprawia, ale wraz ze zmrokiem, na pasmo Karkonoszy nachodzą z powrotem chmury i mgła. Ale zdradzę Wam sekret – prognozy mówią, że jutro ma być całkiem przyjemnie!

A na górze… zima!

Około 7, tuż po wschodzie słońca wybiegam na szlak. Na nogach mam adidasy, a poza tym lekkie ubranie i biegowy plecak, w który zapakowałam kilka ciuchów, jedzenie, raczki i nakładki antypoślizgowe. Jednak czujny pan na parkingu zwraca mi uwagę, że na górze jest zima. Na szczęście ja, może nie wyglądam, ale jestem tego świadoma i dodatkowo wybiegam z myślą, że zawrócę, jeżeli tylko ocenię, że warunki są zbyt ciężkie.

I jak tu nie biegać?
I jak tu nie biegać?

Moim pierwszym celem jest tradycyjnie Schronisko PTTK na Hali Szrenickiej. Czerwony szlak prowadzący do schroniska nie jest technicznie trudny, ale prowadzi cały czas pod górę ze sporym nachyleniem. Po 46 minutach od rozmowy z panem parkingowym, ciężki podbieg mam na szczęście za sobą i spokojnie zajadam czekoladę, popijając gorącą schroniskową herbatą. Co spotka mnie dalej?

Kotli się !
Kotli się !

Bajka…

Bieg, uśmiech, bieg, zdjęcia, bieg, uśmiech… i to wszystko razy milion! Jest cudownie. Błękitne niebo, mgła w dole, a w niej odbijające się promienie słońca, które cudownie ogrzewają twarz mimo mrozu. Co jednaj jest najważniejsze, to warstwa świeżego zmrożonego śniegu pod nogami! Dobiegam do Śnieżnych Kotłów, a tam rozpoczyna się jakiś niewyobrażalny, magiczny spektakl, w którym główną rolę odgrywa śnieżnobiała, oświetlona porannym słońcem chmura, znajdująca się nad górami po czeskiej stronie. Jej tło stanowią (nie wiadomo skąd, bo jest już koło 9) różowe kolory, jakby pozostałość po wschodzie słońca. Z drugiej strony tłem dla białej chmury są (uwaga!) seledynowe chmury, mgły, czy sama nawet nie wiem, co. Biegam w tą i z powrotem po punktach widokowych na Śnieżnych Kotłach i napawam się tym, co mnie otacza. Mija jakieś 10 minut i mój cudowny spektakl chowa się za ciężką, mglistą kurtyną.

Kotli się, kotli!
Kotli się, kotli!

Z głową pełną obrazów, które przed chwilą zobaczyłam, ruszam z powrotem w kierunku Szrenicy. Nie decyduję się na dalszy bieg, bo szlak robi się coraz mniej przetarty i nie czuję się dostatecznie wyposażona. A droga powrotna również zachwyca. Na błękitnym niebie pojawiają się dodatkowo ciemnoszare chmury, które mimo niezachęcającego koloru wyglądają bardzo ciekawie w zestawieniu z pozostałymi jasnymi bohaterami na niebie.

W schronisku kolejna herbatka i powrót na dół. Ze sprzętu, szczególnie na zbiegach, bardzo przydają się nakładki antypoślizgowe. Podziwiam ryzykantów idących w samych butach.

Czy warto?

Zawsze warto! A najlepszym dowodem na to jest niedosyt, który czułam dziś rano wyjeżdżając i oglądając cudownie wschodzące słońce nad Pasmem Karkonoszy oraz mgłę otulającą Jelenią Górę…I wrócę, nawet na 1 dzień! Nawet na kilka godzin! Warto, warto, warto!

Do następnego!

Autor

Napisz komentarz