Drodzy Państwo Czytelnicy! Co tam się działo! Na dwa dni niepozorne i może na co dzień niedoceniane, ale jak malowniczo położone Krościenko nad Dunajcem, stało się zimową stolicą biegów trailowych. I już kilka dni przed sobotnią godziną startu, z całej Polski nadjeżdżały kolejne biegowe twarze, niektóre znane z serwisów społecznościowych, inne ze względu na swoje osiągnięcia, a jeszcze inne może nieznane, ale kochające bieganie wcale nie mniej niż dwie poprzednie grupy. Wśród tych wszystkich osobistości znalazłam się i ja, nie do końca przekonana, czy ja się na pewno do tego nadaję… ale słowo się rzekło. W końcu jest dopiero początek stycznia, a na początku stycznia wszyscy trzymają się jeszcze noworocznych postanowień 🙂 Jednym z moich była Etapowa Triada.

A wiecie dlaczego tak bardzo chciałam wziąć udział w Triadzie? Bo przecież to moje ukochane Gorce! Bo przecież to moje ulubione Pieniny! No i Beskid Sądecki, w którym zaczynałam przygodę z biegami górskimi i do którego mam taki sentyment 🙂

Etap 1 – Gorce

Ha! Nie dość, ze Gorce to jeszcze Lubań, czyli ulubiona miejscówka na wschody słońca… Ale przed rozpoczęciem zawodów nie patrzyłam na ten weekend tak optymistycznie. Że ja? Że dwa biegi jednego dnia? I trzeci z samego rana kolejnego dnia? Przecież w górach jest lodowisko! Czy dam radę? Same problemy! Mimo to równo o 12.00 wyruszyłam na pierwszy szlak. I tak jak wyruszyłam, tak wpadłam po uszy… Z każdym kolejnym kilometrem, było już tylko więcej endorfin i adrenaliny i pewności, że chcę więcej. I może pogoda na Lubaniu nie rozpieszczała, ale za to piękna zimowa sceneria dodawała sił. Mocne podejście, wichura na wieży, a później stromy zbieg i po trochę ponad 2 godzinach na mojej szyi wisiał już dzielnie wywalczony pierwszy medal.

REGENERACJI CZAS!

Etap 2 – Nocne Pieniny

Tego biegu bałam się najbardziej. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że był to drugi bieg tego samego dnia i to jeszcze o 19.30… przecież o tej porze ludzie szykują się do spania! Po drugie dlatego, że trasa wydawała się jakaś taka dziwna – ani to szlaki, ani to drogi… co to będzie?! Ale po szybkim powrocie do domu z pierwszego etapu, gorącym prysznicu, solidnym obiedzie i próbie 2-godzinnej drzemki przekroczyłam wraz z pozostałymi poszukiwaczami przygód linię startu 🙂 Ludzie, jak było pięknie! Z nieba leciały grube płatki śniegu, które momentalnie wygrały z szarością wieczoru. A jak cudownie chłodziły twarz. Trasa o dziwo okazała się być również całkiem łaskawa. Było miejsce na szybsze bieganie, było i strome podejście i zbieg – ten akurat nie należał do najprzyjemniejszych. Podsumowując, na metę wbiegłam podobnie jak na wcześniejszym etapie, uśmiechnięta od ucha do ucha, dokładając kolejny medal do kolekcji.

REGENERACJI CZAS!

Etap 3 – Beskid Sądecki

Jakie są skutki wielkich emocji? Brak snu w nocy. Ale coś za coś 🙂 Beskid Sądecki? Czy zaskoczy mnie Przehyba, na której byłam już tyle razy i która była pierwszą górą, na którą wbiegłam? Zaskoczyła! I wcale nie chodziło o trasę, czy przewyższenia. Tym razem chodziło o pogodę. I tu pojawia się paradoks. Bo ta pogoda z jednej strony dawała w kość. Nogi toczyły nierówną walkę ze śniegiem, który momentami porywał je ze sobą. A śnieżyca pod Bereśnikiem? Jakby ktoś wbijał igły w twarz! Ale co z tego, że bolało skoro było tak pięknie! Górska zima w najczystszej postaci, jednocześnie sprawiała ból i dawała jeszcze więcej szczęścia i radości 🙂 I do tej pory nie wiem, skąd w moich nogach znalazło się tyle siły, ale udało się! Dobiegłam.

Triada i po Triadzie

A Triada? Nowe, przepiękne doświadczenie podnoszące poziom adrenaliny i endorfin do nieznanych mi do tej pory poziomów. Co tu dużo mówić? Było cudownie i chcę więcej! Dalej chodzę uśmiechnięta od ucha do ucha, zerkam kątem oka na zdobyte trofea. Do tego stękam przy chodzeniu, nogi jakby takie nie moje, ale za to apetyt, że hej!

A Krościenko? Pewnie jutro znowu powróci do codziennego spokoju. Parking na przeciwko kościoła odpocznie od tłumu biegaczy. Ale będę wracać, bo lubię!

I jeszcze na koniec chciałabym podziękować tym, którzy przyczynili się do tego że ja, największy zmarzluch świata, dałam radę ukończyć takie zawody. A więc dziękuję mojemu mężowi za to, że kursował ze mną w tą i z powrotem, a później cierpliwie czekał, aż jego żona zrealizuje swoje szalone marzenia. Dziękuję również jego cudownym rodzicom, którzy czekali po każdym etapie z gorącym i stawiającym na nogi obiadem w ciepłym domu 🙂 Dziękuję!

Do następnego,

Autor

2 komentarze

  1. Andrii Androshchuk Odpowiedz

    Ciekawy artykuł o wyścigu. Być może będzie mógł wziąć w nim udział w przyszłym roku.

Napisz komentarz