Jak to się stało, że zdecydowałam się na 100 km? Nie na zawodach, bez zewnętrznej pomocy i do tego (oczywiście) po górach? I przede wszystkim jak to wszystko się odbyło? Zapraszam na moją krótką relację.

Trudne początki

Zawsze w momencie kryzysu biegowego przypominam sobie, jak pierwszy raz wybrałam się z tatą (który biega odkąd pamiętam) pobiegać. Po kilkuset metrach, na których trafił się i delikatny podbieg, zasapana, zadyszana i pewnie czerwona jak burak stwierdziłam, że to nie dla mnie. Sytuacja ta powtórzyła się jeszcze kilka razy, zanim doszłam do wniosku, że może powinnam po prostu biec wolniej?

I tak od tego genialnego wniosku się zaczęło. Coraz więcej, coraz systematyczniej, z coraz większą radością i wpadając w coraz mocniejsze uzależnienie. Następnie doszły góry, które w połączeniu z bieganiem okazały się być dokładnie tym, czego potrzebowałam. Kilka tygodni temu, na całe szczęście tylko na chwilę, zostało mi to odebrane. Moja odskocznia, mój spokój, radość i sposób na zwyczajne odreagowanie. Po zeszłorocznych 64km na Festiwalu Biegów w Krynicy w tym roku w planie było 100km. Niestety nagle ze względu na koronawirusa wszystko stanęło pod dużym znakiem zapytania. Skąd wziąć motywację? I tak wpadłam na pomysł, że spróbuję zrobić te magiczne 100km na własną rękę. Bez zawodów, pomocy z zewnątrz, ale spróbuję. Znalazłam drugiego wariata, którego namówienie polegało w sumie na pytaniu: Biegniemy? Pewnie! I tak w połowie kwietnia narodził się pomysł 🙂

Trasa

Myślę, że każdy kto miał chociaż trochę do czynienia z bieganiem po górach wie, ile zależy od trasy. Pytanie numer 1: pętla czy trasa z punktu A do punktu B? Koncepcja trasy z punktu A do punktu B wydawała się być zdecydowanie bardziej motywująca. A najbardziej oczywistą formą stworzenia takiej trasy był oczywiście fragment Głównego Szlaku Beskidzkiego. Wybraliśmy więc (w sumie najbardziej mi znany) odcinek między Rabką-Zdrój a Krynicą Zdrój.

Plan działania i przygotowanie

Dla mojego towarzysza nie była to pierwsza setka. Dla mnie jednak była. Jak do niej podeszłam? Na spokojnie i bez totalnie żadnej presji. Zastanowiłam się, co zawaliłam na Biegu 7 Dolin (64km) w Krynicy w ubiegłym roku. Było to jedzenie i picie, a właściwie brak możliwości jedzenia i picia czegokolwiek innego niż woda od około 40km, przez co dobiegłam na metę wyczerpana. Przeszkodą, która pojawiła się tuż przed planowanym startem była też deszczowo-burzowa pogoda, przez którą do ostatniej godziny nie wiedzieliśmy, czy spróbujemy.

A oto co znalazło się w moim mini-placaczku, z którym wyruszyłam z Rabki:

  • kurtka przeciwdeszczowa
  • koszulka, skarpetki, buff i opaska na zmianę
  • czołówka+baterie
  • powerbank
  • chusteczki zwykłe i wilgotne
  • folia NRC
  • mini apteczka
  • jedzenie i picie (5 kanapek – część z żółtym serem, część z masłem orzechowym), kilka batonów, sporo żelkowych cukierków, 0,75l wody, 0,75l izotoniku, butelka FRUGO)
  • gotówka i dokumenty
  • gaz pieprzowy
  • naładowany telefon

Wyruszyłam ubrana w krótkie spodenki, koszulkę z długim rękawek, buffa, opaskę i czapkę z daszkiem (która okazała się strzałem w dziesiątkę, ponieważ doskonale chroniła twarz przed deszczem).

100km W tym mglistym raju
W tym mglistym raju

Relacja

I znowu te trudne początki

Jest piątek, 19 czerwca 2020, godzina 17.30. Wysiadamy z auta w Rabce, w najdalszym punkcie do którego można dojechać samochodem. Jestem człowiekiem poranków – popołudnie to zdecydowanie nie moja pora. W tym momencie kompletnie nie wyobrażam sobie, że faktycznie uda się to ukończyć. Ale słowo się rzekło. Z pełnymi żołądkami (kolejna przeszkoda, przy bieganiu po południu – o ile prościej jest biegać rano! Ale przecież solidna porcja makaronu przed startem musiała zostać pochłonięta.) przechodzimy do coraz szybszego marszu i delikatnego biegu. Dookoła nas typowy podeszczowy krajobraz. Mimo dosyć później pory wciąż jest parno. Na szczęście wraz z dotarciem do lasu zaczyna robić się przyjemnie chłodno. Zapowiadane burze nas omijają. Co prawda pod nogami wszystko płynie i co chwilę kropi delikatny deszczyk. Z czasem na szczęście się rozkręcam i zaczynam zachwycać się lasem po deszczu, który przecież tak uwielbiam! Radość przechodzi w euforię i w tej euforii docieramy na Turbacz.

Tak dopada nas noc

W Schronisku PTTK na Turbaczu uzupełniamy wszelkie butelki wodą i jemy pierwszy posiłek. Od tej pory wchodzimy w rytm jedzenia co 2h, co w sumie bardzo fajnie pomaga przetrwać noc. Tuż za schroniskiem dopadają nas psy biegające wokół owiec (a psów panicznie boję się od dziecka!). Na szczęście ktoś nad nimi panuje i je odgania. I tak znowu wchodzimy w las, w którym robi się coraz ciemniej i ciemniej. Nakładamy czołówki, ale równocześnie wchodzimy w strefę gęstej mgły, w której czołówki tak naprawdę niewiele dają. Dla jasności – w butach chlupie mi od momentu przebicia się przez mokre trawy na Hali Długiej na Turbaczu. Zbieg do Przełęczy Knurowskiej nie należy do najprostszych, a na pewno nie w tych warunkach. Błoto, naniesione przez kilkudniowy deszcz wszelkie skarby lasu na szlaku, kamienie, stare liście i ta mgła. Może nie suchą stopą, ale chociaż suchym tyłkiem docieramy mimo wszystko do Przełęczy Knurowskiej 🙂

Byle do Lubania!

Bardzo bałam się nocy, która o dziwo okazuje się być niewiarygodnie przyjemna. Przyjemny chłód, magiczna atmosfera, ciemny las, cisza, spokój. Szlaku od Przełęczy Knurowskiej praktycznie do samego Lubania w większości nie znamy, ale na szczęście nie stanowi to problemu i udaje się dotrzeć na Lubań bez większego błądzenia. Czas wyznaczają nam ustalone przeze mnie pory posiłków 🙂 O dziwo żołądek współpracuje, bo równiutko co 2h rytmicznie burczy mi w brzuchu 🙂 Około 1 w nocy docieramy na Lubań.

Pierwsze kłody pod nogami

I nie mam tu na myśli powalonych drzew. Do Krościenka docieramy o 3 nad ranem (a nie o 6 jak planowaliśmy). Zbieg jest dosyć problematyczny, bo bardzo mokry, ale radzimy sobie z nim całkiem sprawnie. W Krościenku planowaliśmy uzupełnić wszelkie zapasy jedzenia i picia, bo następna dopiero Przehyba… Ale o 3 nad ranem miasto niestety wciąż śpi.

Stacja benzynowa znajduje się w odległości 1,5km (chodnikiem!!!) wzdłuż głównej drogi. Może Wam się to wydawać śmieszne, że dla osób które robią właśnie 100km, 3km po chodniku stanowi problem, ale w obecnej sytuacji tak właśnie jest. Tylko, że alternatywy brak. Żwawym tempem (chyba z wizją tych wszystkich słodyczy, które kupimy na stacji) udaje się uzupełnić zapasy i wrócić z powrotem na szlak. Swoją drogą, Panie sprzedawczynie musiały nieźle się uśmiać z dwójki dorosłych ludzi, która o 3 nad ranem przybiega na stację paliw cała ubłocona i 15 minut stoi przed półką ze słodyczami zastanawiając się, który batonik wybrać 🙂

Upragniona Przehyba

O jak dłuży się droga na Przehybę. Pogoda cały czas jest przyjemna. Raczej nie pada. Oczywiście pod nogami również bez zmian – wszystko płynie. Wraz z przekroczeniem Dunajca i wejściem w Beskid Sądecki robi się zdecydowanie trudniej. Podejścia są zdecydowanie bardziej strome, a zbiegi kamieniste. Po błotno-kamienistych przeprawach udaje się jednak dotrzeć do Schronistka PTTK na Przehybie. W nogach już grubo ponad 50km. Ściągam buty – stopy białe z wilgoci. Zmieniamy skarpetki, uzupełniamy zapasy płynów i ruszamy dalej.

Radziejowa i z górki

Do Radziejowej docieramy bardzo szybko. I już za chwilę, już za momencik będzie Rytro! Nic bardziej mylnego. Czerwony szlak z Radziejowej do Rytra jest przepiękny, naprawdę, ale i bardzo długi. Przed samym Rytrem (jest już ponad 70km) pojawiają się pierwsze poważniejsze problemy – zaczynają mi pękać pęcherze na śródstopiu w jednej nodze. Pierwszy raz w życiu czuję coś takiego. Czuję, jakby ktoś wbijał mi igły w śródstopie z każdym krokiem. Zaciskam zęby i nie marudzę tylko brnę dalej w wysokich trawach z wizją przystanku w Rytrze. A co w planach? Bułki z żółtym serem! Och, jak wizja tych bułek ciągnie do przodu!

Zaiście, mgliście
Zaiście, mgliście

Stromizn Beskidu Sądeckiego ciąg dalszy

Po przepysznych bułkach w Rytrze, nogi jakby się wykrzywiły i dziwnie nie chcą się ruszać 🙂 A w perspektywie strome podejście na Cyrlę, na której czeka na nas Karolina. Nogi na szczęście się przestawiają z powrotem na tryb „byle do przodu”. Do tego ta perspektywa, że ktoś nam przez chwilę potowarzyszy – ktoś świeży i energiczny! Ciągnięci przez Karolinę docieramy kilka kilometrów za Cyrlę. Przed Halą Łabowską lekka mżawka towarzysząca nam od Cyrli przechodzi w coraz mocniejszy deszcz. W Schronisku PTTK na Hali Łabowskiej przebieram koszulkę i zakładam kurkę.

Ruszamy dalej – nie znam tego odcinka, ale przecież nie może już być daleko! Oczywiście jak tylko wyruszamy, to przestaje padać 🙂 I z powrotem rozbieranie. Stopy bolą, pieką, płoną – wszystko na raz! Staram się wybierać jak najmiększe podłoże przy stawianiu kolejnych kroków. Szlak jest cudowny – piękny las, a do tego przez towarzyszące nam od samego początku chmury zaczyna przebijać się słońce. Stopy bolą, ale jeszcze siłą woli mogę brnąć dalej. Docieramy do Runka.

Ból i płacz

Do Krynicy zostało już tylko kilka kilometrów niebieskim szlakiem, za nami już jakieś 95… I w tym momencie pękają mi chyba wszystkie pęcherze na obu stopach jednocześnie. Z bólu poczułam lekkie kręcenie w głowie. Łzy napływają do oczu… Ale przecież to tylko stopy!!! Zaciskam zęby i sunę noga za nogą (bo nie jest to już nawet marsz). Ten odcinek zapamiętam chyba na zawsze. Tą złość na siebie. Tak, teraz już wiem, że powinnam była zastosować coś na otarcia. Wtedy tego nie wiedziałam, a 24-godzinna przeprawa przez błota i kałuże to było coś, czego moje stopy do tej pory nie znały. Na koniec zaliczam jeszcze 2 pierwsze i ostatnie lądowania w soczystym błocie i cóż, udało się! Pierwsze 100 km za mną!

Wrażenia

Tak, bolało. Tak, były łzy, ból i zaciskanie zębów. Ale przede wszystkim TAK, TO BYŁO WARTE TEGO WSZYSTKIEGO! Wygrałam z najtrudniejszym przeciwnikiem, którym były moje własne słabości. I wiecie co? Chcę więcej. I chciałam, jak tylko zmieniłam buty 🙂

P.S. Wielkie podziękowania dla mojego kochanego męża, który zawiózł nas na start, po czym 24h martwił się o swoją żonę, na która następnie kilka godzin czekał w Krynicy. Dziękuję też Michałowi, który towarzyszył mi przez te jakże ciężkie, ale i najpiękniejsze 24h 🙂 I oczywiście dziękuję Karolinie, która mimo deszczu przekazała nam całą masę pozytywnej energii towarzysząc nam w bardzo trudnych momentach i za piękne zdjęcia 🙂

Do następnego,

Podoba Ci się?

Dołącz do mojego newslettera, aby otrzymywać powiadomienia o nowych, ciekawych wpisach!

Autor

Napisz komentarz