Jest godzina 17.00 a ja zasypiam. Tak, na własne życzenie, to prawda. Bo kto normalny wstaje w sobotę o 3.00 nad ranem, żeby o 5.00 być już na szlaku? A póki co o tej porze nadal jest ciemno i zimno – kolejny fakt. A więc kto normalny wstaje o tej porze żeby marznąć i brnąć pod górę w zupełnych ciemnościach? Nie wiem, czy mogę nazwać siebie kimś normalnym, ALE TO JESTEM JA!

Sobota, 5:00

A więc dziś równiutko o 5.00 wyruszyłyśmy (z Karoliną – pozdrowienia!!!) na Gorc, aby oglądać stamtąd wschód słońca. Nasi towrzysze? Niebo pełne gwiazd, nieruchomo zawieszonych nad nami i zapewne sporo zwierzaków dookoła, które na szczęście nie podchodziły, aby się z nami przywitać. Jednak po przeróżnych śladach pozostawionych na śniegu śmiem twierdzić, że gdzieś tam jednak były i obserwowały nas ze swoich kryjówek.

Raczki, raczki
Raczki, raczki

Na całe szczęście tym razem udało nam się wejść zgodnie z planem i dotarłyśmy na wieżę widokową na Gorcu 10 minut przed planowanym wschodem słońca. Oczywiście już po drodze na niebie nad nami zaczęły malować się pomarańczowo-żółte pasy.

Słoneczko, gorc
Słoneczko

I pokazało się…

Dziś w wersji klasycznej, bez przewijającego się morza chmur i mgły jak na Lubaniu, ale również pięknie. Po kilku minutach pierwsze promienie słońca zaczęły również padać na doskonale widoczne szczyty Tatr i dodawać im różowo-pomarańczowego blasku.

W morzu porannych mgieł
W morzu porannych mgieł

Czas na śniadanie

Po kilku minutach oglądania wschodu słońcam, w niskiej temperaturze z którą doskonale współpracował chłodny wiatr, mając w nogach już całkiem sporo kilometrów pod górę, najzwyczajniej w świecie zrobiłyśmy się głodne. A czy można jeść śniadanie w piękniejszej scenerii?

I Taterki
I Taterki

Po zejściu z wieży postanowiłyśmy podejść kawałek dalej i zupełnie przypadkiem trafiłyśmy na cudowną polanę pokryte świeżą, nieprzedeptaną warstwą śniegu, z której gdzieś ponad linią gorczańskich drzew wyrastały masywne, śnieżnobiały Tatry. Czyżby to było idealne miejsce na zimowy piknik, ploteczki i opalanie?

W błękicie i bieli
W błękicie i bieli


Już rozumiecie? Na wszelki wypadek spróbuję jednak wypunktować…

W czym (moim zdaniem) kryje się fenomen górskich wschodów słońca?

  1. Nocna wyprawa pod górę, pod gwieździstym niebem, w świetle czołówek, które zimą dodatkowo pięknie odbijają sie na śnieżnobiałym, pokrytym śniegiem szlaku. A do tego cisza i spokój.
  2. Spektakl wschodu słońca: niepowatarzalny, za każdym razem inny, oglądany zazwyczaj z miejsca, wokół którego rozpościerają się przepiękne widoki, wielokolorowy.
  3. Poranne góry oświetlone pierwszymi promieniami słońca i czyściutkie niebo nad nimi. Nie jestem żadną specjalistką, ale z mojego skromnego doświadczenia wiem, że widoczność rano jest zdecydowanie najlepsza.
  4. Możiwość piknikowania i popijania herbatki/kawki w cudownej scenerii, z dala od codziennych problemów, smogu i hałasu.
  5. Nastrój wywołany endorfinami, które od samego rana krążą nam we krwi. A po takiej nocno-porannej dość wyczerpującej wyprawie krąży ich całkiem sporo.
  6. Niepewność i związana z nią adrenalina. Idąc w nocy, szczególnie zimą nie do końca możemy przewidzieć, jak będzie się szło oraz co będzie na szczycie. Czasem pogoda jest pewna, ale wydaje mi się, że najpiękniejsze są te wschody słońca, którym towarzyszą tańczące mgły i przebijające się przez nie pierwsze promienie słońca. Tu odsyłam do wycieczki na Mogielicę i Lubań. I ten nieustannie pędzący czas oraz to, że słońce niestety na nas nie poczeka i wstanie wtedy, kiedy sobie zaplanowało.
  7. Perspektywa całego dnia przed sobą.
  8. Po prostu: jest przepięknie, cudownie, najlepiej, nic więcej do szczęścia!

W skrócie: pięknie, niepowtarzalnie i nieprzewidywalnie 🙂

To jak, dostrzegacie ten fenomen? Ja tak, W. nie do końca… Jak to jest u Was?

Do następnego,

M.

Miękkie lądowanie, gorc
Miękkie lądowanie
Autor

Napisz komentarz